Kategorie: Wszystkie | Afryka | Azja | Europa | Osobiste | Polska | Świat
RSS

Świat

wtorek, 10 listopada 2009

No właśnie. Ty, ja, my wszyscy. Podpisz się - zrób przynajmniej tyle.

 


>Technorati tags: , , .

19:06, tierralatina , Świat
Link Komentarze (6) »
piątek, 31 lipca 2009

banana bunker - pokrowiec na banana

Nie, naprawdę powyższe zdjęcie nie przedstawia artykułu ze sklepu do którego wstęp mają tylko dorośli. Wręcz przeciwnie – to gadżet, który w zamyśle swych wynalazców, mógłby znaleźć swoje miejsce nawet w tornistrze pierwszoklasisty idącego do szkoły. Oraz w plecakach wędrowców bez względu na ich płeć, stan cywilny, czy upodobania seksualne. Bo to co jest na tym zdjęciu to po prostu... pokrowiec na banana.

Kto podróżował i chował w podręcznym bagażu banana do późniejszego przegryzienia wie dobrze czym to się może skończyć. Ale żeby od razu pakować owoc w plastikowe tuleje? Trzeba być Amerykaninem (czyt. mieszkańcem USA), albo Japończykiem aby wpaść na taki pomysł. Bo to chyba te dwie nacje przodują w wymyślaniu przedmiotów mających, przynajmniej w teorii, uprościć nam życie...

Popularny internetowy serwis gadżeciarski spotcoolstuff.com opublikował właśnie listę najbardziej bezużytecznych, czy wręcz absurdalnych produktów dla turystów i podróżujących. Banana bunker pochodzi z tego właśnie rankingu, ale – zapewniam Was – nie jest najbardziej zaskakujący... Zajrzyjcie sami - zdziwicie się, uśmiejecie, albo obrzydzicie. Bądź wszystko na raz.

A może sami znacie jakieś inne absurdalne podróżnicze wynalazki? Może kupiliście kiedyś coś co w podróży okazało się zupełnym niewypałem, czymś co tylko ciążyło w plecaku?

Ja pamiętam np. szatański pomysł jakiegoś PRL-owskiego rzemieślnika, czyli rurkę do snorkelingu z piłeczką pingpongową blokującą jej wylot w trakcie zanurzenia. Niby po to aby uniemożliwić zachłystnięcie się wodą...

Pływam od małego dość dobrze. Na tyle aby n.p. zdobyć ongiś pływackie wicemistrzostwo mojego rodzinnego miasta, czy wiele lat później - w wyniku durnego zakładu - przepłynąć wpław z Nyon do Yvoire nad Jeziorem Genewskim... I tylko raz tylko w życiu omal się nie utopiłem. Właśnie przez tą nowatorską rurkę... Gdy piłeczka zatkała ją w trakcie łapczywego wdechu...


>Technorati tags: , , , .

00:22, tierralatina , Świat
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 20 lipca 2009

Prestiżowy, amerykański, poświęcony turystyce miesięcznik Travel + Leisure, opublikował niedawno ranking najlepszych, z punktu widzenia turysty, miast świata. Najlepszych w tym przypadku oznacza miasta, w których turysta się nie nudzi i ma bogatą, nie przesadnie drogą, ofertę kulturalno-gastronomiczno-hotelową.

Ranking powstał na podstawie ankiet jakie otrzymali do wypełnienia czytelnicy magazynu. Mieli oni ocenić, w ulubionych przez nich miastach atrakcyjność wizualną, miejsca do zwiedzania w samym mieście i jego okolicy, ofertę kulturalną, infrastrukturę hotelową, przyjazność lokalnych mieszkańców, ofertę gastronomiczną, obfitość i jakość lokalnych sklepów, oraz ogólną przystępność cenową tego wszystkiego.

Efekt tego jest taki:

  1. Udaipur (Indie)
  2. Kapsztad (RPA)
  3. Bangkok (Tajlandia)
  4. Buenos Aires (Argentyna)
  5. Chiang Mai (Tajlandia)
  6. Florencja (Włochy)
  7. Luang Prabang (Laos)
  8. Nowy Jork (USA)
  9. Rzym (Włochy)
  10. San Francisco (USA)
  11. Sydney (Australia)
  12. Jaipur (Indie)
  13. Oaxaca (Meksyk)
  14. Stambuł (Turcja)
  15. Fez (Maroko)
  16. Cuzco (Peru)
  17. Jeruzalem (Izrael)
  18. Siem Reap (Kambodża)
  19. Quebec (Kanada)
  20. Kyoto (Japonia)

Ranking w oryginale znajduje się tutaj.

Oczywiście pamiętać trzeba, że czytelnicy Travel + Leisure to przede wszystkim Amerykanie (czyt. mieszkańcy USA) i to raczej nie ci najbiedniejsi. Ranking stworzono więc na podstawie głosów i gustów raczej nie ludzi samotnie podróżujących z plecakami, lecz tych którzy zwiedzają świat rodzinnie, z kilkoma kartami kredytowymi w portfelu.


>Technorati tags: , , .

wtorek, 26 maja 2009

Internetowy portal brytyjskiego dziennika Times opublikował właśnie coś, co powinni przeczytać wszystcy podróżnicy i turyści mający wymagania większe niż kolejna Turcja, czy Egipt z Itaką. Jest to lista 100. serwisów internetowych, które – zdaniem Times Online – mogą najbardziej się przydać w planowaniu wyjazdów. Od stron na których możemy kupić bilety lotnicze, przez podróżnicze blogi i turystyczne społeczności, po wyszukiwarki hoteli, przecenionych wycieczek, ubezpieczenia podróżne, czy nawet sklepy z gadżetami dla globtroterów.

Część polecanych serwisów jest bardzo znanych, bo przecież Kayak’a, czy SeatGuru nie trzeba już chyba nikomu reklamować; ale każdy na pewno znajdzie dla siebie w tej setce coś nowego i ciekawego. Zwłaszcza, że w proponowanej setce znalazły się tak wyspecjalizowane strony jak te, które adresowane są np. do rodziców podróżujących z małymi dziećmi, dla turystów w podeszłym wieku, czy dla tych którzy nie zatrzymują się w hotelach o standardzie niższym niż 5 gwiazdek.

Warto także zajrzeć to kometarzy, bo wypowiadający się tam czytelnicy dzielą się chętnie swoimi propozycjami i podają adresy serwisów niesłusznie – ich zdaniem – pominiętych przez Times.

Wszystko oczywiście jest po angielsku i mocno british-centred, ale i tak – wydaje mi się – warte uwagi.

Dla tych, którzy wolą biletów szukać w Polsce – małe przypomnienie: mój subiektywny mini-poradnik napisany już ponad rok temu. Chyba wciąż aktualny.

Tak jak wówczas zachęcam Was do dzielenia się Waszymi adresami i sposobami na jak najtańsze podróże. Tutaj, albo w komentarzach sprzed zalinkowaną powyżej notką sprzed roku.


>Technorati tags: , , ,

03:58, tierralatina , Świat
Link Komentarze (1) »
wtorek, 09 grudnia 2008

Wiecie co oznacza „przetwarzanie rozproszone”? Też nie wiedziałem, aż do momentu gdy – myśląc o tej notce – zacząłem szukać polskiego tłumaczenia angielskojęzycznego zwrotu „network computing”. No i dowiedziałem się, że to właśnie owo „przetwarzanie rozproszone”.

Pod tą dość enigmatyczną nazwą kryje się bardzo sympatyczna technologia pozwalająca na wykonywanie skomplikowanych obliczeń, nie za pomocą drogich superkomputerów, ale zwykłych domowych, czy biurowych maszyn, połączonych w sieć. Może to być sieć komputerów jakiegoś laboratorium, albo też setki, czy tysiące komputerów rozproszonych po całym świecie, komunikujących się za pomocą internetu z serwerem przydzielającym im zadania do wykonania.

Laptop na którym piszę w tej chwili tą jest właśnie częścią takiej sieci. Podczas gdy ja wystukuje ten tekst na klawiaturze, czyli na dobrą sprawę w żaden sposób nie wykorzystuje mocy obliczeniowej mojego komputera, jego procesor jednak nie leniuchuje, nie marnuje swych możliwości. Dzięki programowi BOINC wykonuje kalkulacje, które pomogą m.in. amerykańskim naukowcom szukającym leków na dengę – niebezpieczną tropikalną chorobę, kanadyjskim badaczom protein podejrzewanych o powodowanie raka, czy też instytutowi studiującemu wirusa HIV.

Oczywiście mam pełną kontrolę nad tym dla kogo, jak i kiedy pracuje mój komputer. Moge wybrać konkretne programy naukowe, mogę określić jaką część twardego dysku przeznaczam na te kalkulacje, oraz jaki procent możliwości mojego procesora BOINC może wykorzystać. Mogę nawet zastrzec, aby mój komputer pracował dla nauki tylko i wyłącznie wtedy gdy jest włączony, lecz nikt go nie używa.

Pewnie się domyślacie do czego zmierzam. Oczywiście chciałbym abyście też oddali „kawałek” swojego komputera nauce. Zwłaszcza jeśli Wasz komputer służy tylko do odbierania poczty i surfowania po internecie. Względnie do obsługi biurowych aplikacji. Pomyślcie jak bardzo jego marnują się jego możliwości. I energia elektryczna. Zwłaszcza, jeśli – sam tak mam – komputera nie wyłączacie prawie nigdy.

Motywacji może być wiele. World Community Grid przygotował niedawno wideoklip, w którym niektóre z prawie pół miliona osób, które - tak jak ja – użyczyły mu swych komputerów, tłumaczą dlaczego się przyłączyły do projektu:

 

W tej chwili dla World Community Grid pracuje na świecie ponad milion komputerów. Razem wykonały one obliczenia, które - jeśli miałby wykonać je jeden z nich - trwałyby... 202 tysiące lat. Potencjał „przetwarzania rozproszonego” jest więc, jak widać, ogromny.

A jaką będziemy mieli satysfakcję, jeśli któregoś dnia np. ekipa naukowców z kanadyjskiego Ontario oświadczy, że dokonała odkrycia pozwalającego skuteczniej walczyć z niektórymi rodzajami raka. Dzięki naszej pomocy! Nie ma oczywiście gwarancji, że tak się stanie, ale na pewno warto próbować. Tym bardziej, że nic to nas nie kosztuje i nie wymaga większego zachodu niż instalacja gadu-gadu na komputerze.

Wystarczy tylko się zarejestrować i pobrać niewielki programik. A tutaj są moje wyniki. Komputery na jakie zaprzęgłem do tej pracy, pomagały nauce już przez ponad rok czasu:

Udało mi się już zachęcić kilku znajomych. Pracujemy razem w drużynie tierralatina.pl. To oczywiście nie ma żadnego praktycznego znaczenia – to tylko zabawa w porównywanie wyników. Jeśli macie ochotę, przyłączcie się, będzie mi bardzo miło. Drużyna jest tutaj. Każdy może też utworzyć własną. Indywidualiści mogą pozostać sami. Ważne jest samo uczestnictwo w programie. Może to zabrzmi trywialnie, ale razem naprawdę można zdziałać wiele.

Niezbędne oprogramowanie jest dostępne dla Windows, Maca i Linuxa.


>Technorati tags: , , , .

wtorek, 11 grudnia 2007

Tyle czasu bez żadnego wpisu na tym blogu… Trzeba go jakos rozbudzić. Dobrze się składa – mam Wam do zaproponowania fantastycznego linka. Prowadzi on do galerii Camille Seaman , amerykańskiej fotograf, która specjalizuje się w zdjęciach regionów polarnych.

A że fotografuje ona częściej rejony bieguna północnego niż południowego, to jest pretekst aby wpis ten umieścić tutaj, a nie w Podróży na Południe . Zajrzyjcie do galerii Camille – naprawdę warto: zdjęcia są przepiękne, baśniowe wręcz, choć nie należy zapominać, że dokumentują one bardzo niepokojące zajwisko – coraz szybsze topnienie polarnych lądolodów.

Zresztą przeczytajcie, co pisze sama Camille Seaman o swych zdjęciach:

"The Last Iceberg is one piece of a larger project entitled "Melting Away" which documents the polar regions of our planet, their environments, life forms, history of human exploration and the communities that work and live there.

Nick Cave once sang, "All things move toward their end." Icebergs give the impression of doing just that, in their individual way much as humans do; they have been created of unique conditions and shaped by their environments to live a brief life in a manner solely their own. Some go the distance traveling for many years slowly being eroded by time and the elements; others get snagged on the rocks and are whittled away by persistent currents. Still others dramatically collapse in fits of passion and fury.

The Last Iceberg chronicles just a handful of the many thousands of icebergs that are currently headed to their end. I approach the images of icebergs as portraits of individuals, much like family photos of my ancestors. I seek a moment in their life in which they convey their unique personality, some connection to our own experience and a glimpse of their soul which endures."

P.S. O fenomenie ocieplania się atmosfery ja też pisałam już wielokrotnie. Topnieje bowiem nie tylko Antarktyda i Antarktyka, ale też chociażby boliwijska Chacaltaya , a peruwiańska Cordillera Blanca z każdym rokiem staje się mniej biała.


>Technorati tags: , , , , .

10:55, tierralatina , Świat
Link Komentarze (4) »