Kategorie: Wszystkie | Afryka | Azja | Europa | Osobiste | Polska | Świat
RSS

Afryka

środa, 15 kwietnia 2009

Kusi mnie aby wprowadzić w tym blogu nową kategorię. Wspominając Czesława Niemena nazwałbym ją „Dziwny jest ten Świat”... Póki co, zadowolę się tylko takim tagiem.

231 milionów procent. Jak myślicie, co to jest?

To ostatni, oficjalnie podany, w lipcu ubiegłego roku, wskaźnik inflacji w Zimbabwe. Od tego czasu tamtejszy bank centralny przestał mierzyć tempo spadku wartości dolara zimbabweńskigo. Bo – jak szczerze przyznali jego szefowie – przestało to mieć jakikolwiek sens.

Bank skupił się na drukowaniu pieniędzy i przeprowadzaniu kolejnych dewaluacji. W ubiegłym roku obcięto lokalnej walucie 10 zer, w lutym tego roku ponownie 12 zer.

Mimo tych akcji zimbabweńska waluta stała się czymś super abstrakcyjnym. Na początku listopada ubiegłego roku jeden dolar amerykański wart był... 669 miliardów dolarów zimbabweńskich. A kilka tygodni później do obiegu wprowadzono taki oto banknot:

Banknot 100 trylionow (bilionow) dolarow Zimbabwe

I nie był on wcale najwyższym nominałem. Na początku tego roku pojawił się bowiem banknot o wartości 500 trylionów bilionów.

Administracja państwowa w końcu się jednak poddała. Od stycznia w Zimbabwe można już oficjalnie używać zagranicznych pieniędzy – dolara amerykańskiego i południowoafrykańskiego randa. A w miniony poniedziałek oficjalnie zawieszono obieg narodowej waluty.

Tymczasem zimbabweński prezydent Robert Mugabe w ubiegłym roku kupił sobie luksusową rezydencję w Hong Kongu za blisko 6 milionów dolarów. Amerykańskich. Wątpię czy jest w stanie podać jej wartość w walucie własnego kraju...


>Technorati tags: , , , , , ,

07:21, tierralatina , Afryka
Link Komentarze (29) »
wtorek, 28 sierpnia 2007

W Darfurze są one wszędzie. Wszechobecność i powszechność tych dwóch wynalazków XX wieku była dla mnie chyba jednym z największych zaskoczeń podczas sudańskiej podróży. Zwłaszcza jeśli chodzi o kałasze. Bo tak jak z telefonami satelitarnymi miałem wcześniej troszeczkę do czynienia, tak z karabinami maszynowymi - nigdy.

Jako, że kiepski ze mnie patriota bo udało mi się wymigać z „obywatelskiego obowiązku”, czyli jakiejkolwiek formy służby wojskowej, swą przygodę z bronią zakończyłem w liceum, na etapie strzelania z wiatrówki i KBKS-u. I choć szło mi to całkiem nieźle, to broń palna nigdy nie budziła u mnie niczego zbliżonego do, tak częstej u mojej płci, fascynacji. Co oczywiście nie znaczy, że jestem idealistycznym pacyfistą, który broni się brzydzi, boi, czy nie lubi. Jest mi ona po prostu obojętna.

Mimo to w Darfurze wielokrotnie czułem się nieswojo. Kałasznikowy (i telefony satelitarne) spotyka się tam niemal nieustannie,w każdej mieścinie i wiosce. Mają je żołnierze, mają je cywile, biegają z nimi dzieci. Zdarzało mi się nawet widywać je porzucone, na pierwszy rzut oka bez żadnej opieki...

Po kilku dniach zdałem sobie sprawę, że tak jak uzbrojeni żołnierze nie wywołują u mnie żadnej reakcji, bo w sumie nie ma nic bardziej normalnego jak mundurowy z bronią, tak karabiny w rękach cywilów, a zwłaszcza tych wyglądających na nastolatków, są czymś mimo wszystko perturbującym. Nie jest to bynajmniej strach – raczej taki delikatny podprogowy niepokój, dyskomfort. I w sumie irracjonalny. Bo dlaczego cywil miałby być bardziej niebezpieczny od żołnierza? Przecież to tych drugich nauczono zabijać.

Ale po kolei – wróćmy do rozpoczętej już opowieści. Lot z Nyala do Meiram. Jak wspominałem sowiecki Mi-17 ma fantastycznie otwierane wielkie okna:

Sudan, Darfur, lot w Mi-17 

Komfortu lotu to oczywiście nie powiększa, ale pozwala na robienie ciekawych zdjęć. W tym nawet na wystawienie głowy na zewnątrz i podziwianie z bliska anatomii radzieckiej myśli technicznej:

Sudan, Darfur, lot w Mi-17 

Dla fanów radzieckiego przemysłu lotniczego Afryka jest prawdziwą Ziemią Obiecaną. Ilość latających tu maszyn z literkami Mi, An czy Tu na kadłubie równać się może jedynie z krajami dawnego ZSRR.

Postsowieckich samolotów i śmigłowców używają afrykańskie armie, międzynarodowe organizacje, organizacje pozarządowe. Nawet te z Zachodu. Piloci i operatorzy maszyn zgodnie twierdzą, że w ciężkich afrykańskich warunkach nie mają one sobie równych. Czyli tak samo jak z kałasznikowami. Zaletą jednych i drugich jest przede wszystkim... prostota i brak technologicznego zaawansowania. W tych pierwszych nie ma m.in. skomplikowanych komputerów pokładowych, ani kompozytowych materiałów.

Co oczywiście nie oznacza, że są one niezawodne. Pewien znajomy, odpowiedzialny za logistykę w jednej z wielkich organizacji humanitarnych, świetnie kiedyś podsumował zalety radzieckich maszyn: „Nie jest prawdą, że te radzieckie maszyny się nie psują. Psują się jak cholera. Ale do ich naprawy potrzebny jest najczęściej mechanik ze skrzynką z narzędziami. A nie sprowadzani z zagranicy specjaliści wyposażeni w komputery ze specjalnym oprogramowaniem”. Nie przypuszczałem, że sam się o tym szybko przekonam...

Sudan, Darfur

Gdy nasz mechaniczny ptak zaczął lecieć nad szerokim korytem wysychającej rzeki wszyscy zaczęli się chyba domyślać, że zbliżamy się do celu, a raczej półmetku naszej podróży – budowanego za europejskie pieniądze mostu.

 Sudan Darfur

Sudan Darfur

I rzeczywiście – po kilku minutach dostrzegłem przez okno poukładane na brzegu olbrzymie metalowe belki.

Sudan Darfur 

Widok był dość surrealistyczny - dziwiły nie tylko te znajdujące się na kompletnym pustkowiu i już pożerane przez afrykańską roślinność gigantyczne elementy konstrukcji, oraz rozrzucone między nimi niewielkie, kryte strzechą lepianki robotników. Zaskakiwała także nieobecność jakiegokolwiek, poza niewielką koparką, ciężkiego sprzętu budowlanego. To co jednak zafrapowało mnie najbardziej to był brak drogi, której most mógłby stać się częścią.

Myliłem się jednak. Podczas gdy piloci zataczali kolejne koła nad placem budowy w poszukiwaniu dogodnego do wylądowania miejsca, dojrzałem w końcu drogę, która planowany wiadukt ma usprawnić. Afrykańską drogę:

Sudan, Darfur

Jak się potem dowiedziałem ten niepozornie wyglądający dukt jest... jednym z najważniejszych szlaków komunikacyjnych w Darfurze. To najkrótsza droga łącząca Nyalę z zachodnią prowincją. To m.in. nią właśnie jeżdżą konwoje organizacji humanitarnych wiozące z Czadu żywność dla uchodźców.

W momencie naszej wizyty była zarośnięta i wyglądała na rzadko używaną tylko dlatego, że był to koniec pory deszczowej. Droga dopiero budziła się do życie. Bo gdy pada deszcz wezbrane rzeki na wiele tygodniu odcinają zachodni Darfur od reszty kraju. Podarowany przez Unię most, gdy powstanie, będzie więc miał niemal strategiczne znaczenie. Tylko jak oni go tam wybudują?

Z moich inżynieryjnych rozmyślań wyrwał mnie potężny huk i silne drgawki jakich nagle dostał nasz śmigłowiec. Prze otwarte drzwi kabiny pilotów zauważyłem, że nagle zaczeło w niej migać całkiem sporo czerwonych światełek. Na filmach w takich sytuacjach rozbrzmiewają zawsze różne piiiip-piiiip-piiiip. To kłamstwo. W Mi-17 jest tak głośno, że człowiek własnych myśli niemal nie słyszy, więc o żadnych brzęczykach nie ma mowy. Ale i tak już te same migające czerwone światełka robią wrażenie.

Nie było jednak czasu aby zacząć się bać – piloci niemal błyskawicznie i bardzo sprawnie posadzili naszą trzęsącą się maszynę na Ziemi. I nie wyglądali na specjanie przejętych tym co się stało. Spokojnie kazali nam wszystkim wysiąść. Ja, po słowiańskiej znajomości, postanowiłem się jednak czegoś więcej dowiedzieć. Szybko okazało się jednak, że to co wydawało mi się resztkami odziedziczonego po latach nauki w podstawówce i liceum rosyjskiego jest dla pilotów zupełnie niezrozumiałe... Na szczęście piloci władali trochę angielskim. Na tyle przynajmniej aby mi powiedzieć, że jeden z dwóch silników stracił moc. „It happens quite often” – to prawdopodobnie miało być mające mnie uspokoić pocieszenie. Ja jednak za takowe go nie odebrałem...

Sudan, Darfur - Mi-17

Towarzyszący nam sudański mechanik szybko wdrapał się na samą górę śmigłowca, pootwierał jakieś klapy i postukał w coś wielkim śrubokrętem. Piloci wyglądali na coraz bardziej zaniepokojonych. Jednak bynajmniej nie tym co wyczyniał ich pomocnik, lecz nadciągającymi silnie burzowymi chmurami...

Sudan, Darfur - Mi-17

 Ledwo zdążyliśmy wszyscy się ze śmigłowca wygramolić a już, niewiadomo skąd, pojawiły się obok dwa pick-upy. A wraz z nimi... faceci z kałaszami! Głupia sytuacja, stoja i się na nas patrzą, nic nie mówią, nic nie odpowiadają, w sumie nawet niewiadomo, czy rozumieją angielski.

Sudan, Darfur

Ktoś z unijnej delegacji miał na szczęście komórkę, satelitarną oczywiście, i wykręcił numer nadzorującego budowę inżyniera, który delegację miał odebrać. No i rzeczywiście po chwili pan inżynier się pojawił i odeskortował nas na budowę. Tajemniczy, milczący faceci z kałaszami poszli razem z nami.

Sudan, Darfur

Sudan, Darfur 

Budowa była rzeczywiście ciekawa. Senni robotnicy kręcili się wokół tych stalowych elementów leniwie wkręcając w nie jakieś śruby.

Sudan, Darfur 

Pan inżynier mówił szybko i dużo, ale – przyznać muszę – zuepłnie nie zrozumiałem w jaki sposób zamierzają oni złożyć tego gigantycznego puzzla i przerzucić go przez szeroką bądź co bądź rzekę.

Sudan, Darfur 

Europejscy wizytatorzy wyglądali jednak na zadowolonych. Musi być więc to jakoś możliwe.

Po chwili gdzieś z oddali rozległy się wrzaski. Wpierw wydawało mi się, że ktoś rozpaczliwie krzyczy. Okazało się jednak że były to radosne śpiewy. To zapewniający bezpieczeństwo robotnikom oddział sudańskiej armi wracał z patrolu. Ich Toyota Land Cruiser – drogowy odpowiednik radzieckich samolotów i śmigłowców – wyładowana była drewnem, które w nocy będą palić dodając sobie ciepła i kurażu.

Sudan Darfur – sudańsscy żołnierze 

Musze przyznać, że nie tak sobie wyobrażałem siejących postrach wśród lokalnej ludności rządowych żołnierzy. Ci budzili wręcz litość – kilku rozhahanych chłopaków, góra dwudziestokilkuletnich, takich trochę wyrośniętych, niedojrzałych i na pewno zagubionych dzieci. Większość pod wyraźnym działaniem jakiegoś odurząjącego środka. Bo islam, nie islam, gdy alkoholu nie ma człowiek prawie wszędzie z nudów sięga po inne rozrywki. W Sudanie jest to najczęściej khat, roślina której żute liście wywołują stany euforyczne. Zbyt wielkie, powyciągane mundury powagi im nie dodawały. No i te buty... każdy miał inne, nie wyłączając chińskich klapek.

Umundurowani chłopcy byli najwyraźniej podekscytowani naszą wizytą. W sumie nic dziwnego – odstępstw od rutyny to tam raczej wiele nie mają. W pierwszym odruchu postanowili poczęstować nas swym suszonym mięsem.

Jako że te wiszące paski mięsa przyuważyłem już wcześniej, bo zainteresowało mnie wokół czego krąży tak wiele olbrzymich much, zdecydowanie za poczęstunek podziękowałem. Co wprawiło chyba chłopaków w zakłopotanie.

Jeden z nich ruszył nagle w moim kierunku ze swym kałasznikowem. Walnął serię w powietrze, zaczął się śmiać i skierował karabin w moją stronę. Był może 20 cm ode mnie... Oniemiałem. Sytuacja zupełnie mnie zaskoczyła. Nie wiedziałem czy mam się bać, śmiać tak jak on, a może uciekać. Chłopak jednak groźnie nie wyglądał. Coś do mnie gadał, potrząsał swim kałaszem, popychał mnie nim. Głupia sytuacja.

Nawet nie zauważyłem, jak pojawił się tuż obok mnie jeden z uzbrojonych cywilów. Nagle okazał się, że mówi po angielsku. „He wants you to shoot. Did you ever shoot?” – przetłumaczył mi słowa żołnierza. Czyli wygląda na to, że chłopiec chce podzielić się swoją zabawką... Sympatyczne, smutne i niepokojące zarazem. Broń i khat to pewnie jedyne rozrywki jakie tu mają. A strzelanie to zabawa.

Żołnierz nie dawał za wygraną. Krótką serią pogonił łażącą w pobliżu kurę. Jego koledzy zarykiwali się ze śmiechu na widok próbującego poderwać się do lotu, uciekającego domowego nielota... A ja znowu znajazłem się ze wciskanym mi w ręce kałaszem. Problem w tym, że strzelać wcale nie miałem ochoty. Nie w takim miejscu, nie w takich okolicznościach.

Z niezręcznej sytuacji wybawił mnie aparat fotograficzny – pokazałem im, że chciałbym zrobić im zdjęcie. Pomysł się najwyraźniej chłopcom spodobał, bo chętnie ustawili się do pamiątkowej foty.

 Sudan Darfur – sudańsscy żołnierze

Gdy teraz patrze na ich roześmiane twarze zastanawiam się, czy nadal żyją, czy może brali udział w jakichś masakrach i mają na sumieniu gwałty i mordy. Nie zdziwiłoby mnie to wcale. Ale nawet gdyby tak było, nie byłbym w stanie obarczyc ich winą. To takie same ofiary darfurskiego konfliktu, jak bezlitośnie zabijani wieśniacy. Bo to oczywiście nie żadni zawodowi żołnierze, tylko szczyle z poboru, którzy jak każdy Sudańczyk muszą zaliczyć 2 lata wojskej służby.

Pozowania do zdjęć i zabawy z karabinem przerwali nam rosyjscy piloci, chcący jak najszybciej uciec przed zbliżającą się burzą. Zwłaszcza, że grzmoty wydawały się coraz bliższe.

Gdy wszyscy byli już na pokładzie, Rosjanin oznajmił, że plan naszego lotu uległ zdecydowanej zmianie. Nici z lotu do Meiram. I to bynajmniej nie z powodu pogody. Kapitan spokojnie wyjaśnił, że jeden z silników zdecydowanie niedomaga, więc trzeba polecieć do najbliższej bazy AMIS mającej jakiekolwiek techniczne zaplecze. Ich wybór padł na Nertiti, gdzie stacjonują żołnierze z Ugandy. „To there we should be able to make it, and we will not fly high, so relax and don’t worry” – tych słów nigdy chyba nie zapomnę…

Sudan Darfur Mi-17

C.D.N.


>Technorati tags: , , , , .

21:13, tierralatina , Afryka
Link Komentarze (23) »
sobota, 11 sierpnia 2007

Podróżowanie po Darfurze nie jest bynajmniej rzeczą łatwą. Lądowy transport publiczny praktycznie nie istnieje, a samoloty też już przestały regularnie latać... Między darfurskimi miastami jeżdżą niemal tylko konwoje organizacji humanitarnych. Więc może z nimi?

Znajomości w organizacjach pozarządowych i agendach ONZ jednak nie pomagają. Humanitarni mają dość trosk o bezpieczeństwo własnego personelu, więc raczej nie chcą brać na siebie odpowiedzialności za osoby postronne. Tymczasem ja z Al-Fasher chciałem się dostać aż do granicy z Czadem... Po rozmowie z ludźmi gubernatora i lokalnymi delegatami Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża doszedłem do wniosku, że na transport do przygranicznej Al-Junaynah, stolicy Darfuru Zachodniego, nie mam co liczyć. Lot samolotu Światowego Programu Żywnościowego, z którym przez moment wiązałem nikłe nadzieje został przełożony o tydzień... Tak długo, w dodatku bez żadnej gwarancji, czekać nie mogłem.

Sprawa wyglądała tak beznadziejnie, że wktórymś momencie pogodziłem się z myślą, że będą musiał wrócić do Chartumu... Z niespodziewanym ratunkiem przybyli... Etiopczycy. Przyuważyłem ich gdy szykowali do lotu swój swój samolot. Co robił na lotnisku w Al-Fasher niewielki etiopski samolot pasażerski nie wiem i wolałem nie pytać. Ważne było, że lecieli do Nyala, stolicy Darfuru Południowego i zgodzili się mnie i kilka innych osób zabrać! Łudziłem się, że może z Nyala będzie łatwiej przedostać się na zachód...

 Sudan, Darfur: Al-Fasher Airport

Na lotnisku w Al-Fasher sudańska armia biwakuje we wraku samolotu.

Al-Fasher opuszczałem bez większego żalu. Cieszyłem się, że zobaczę Nyala – historyczną stolicę Darfuru i ważny ośrodek uniwersytecki i zarazem epicentrum aktualnego darfurskiego konfliktu. A także wielu poprzednich wojen w tym regionie. Nyala była bowiem do XV wieku centrum imperium Daju, jednego z ostatnich w regionie, które stawiało opór arabskim najeźdźcom. Później, w latach 30-tych ubiegłego wieku, miasto obrane zostało przez brytyjskich kolonizatorów za regionalne centrum administracyjne. Wreszcie Nyala to także tereny dumnych Furów, wielowiekowego afrykańskiego plemienia, które swego czasu utworzyło silny Sułtanat Darfuru (Darfur po arabsku to właśnie „dom Furów”).

Furowie są wprawdzie od blisko 500 lat muzułmanami, ale po dziś dzień opierają się próbom narzucenia im języka arabskiego. I to właśnie ich osiadły tryb życia doprowadził do napięć z arabskim koczowniczym plemieniem Baggara, które – według wielu obserwatorów – stały się pretekstem do rozpoczęcia darfurskiej wojny.

Lot do Nyala odbył się bez najmniejszego problemu. Lokalne lotnisko okazało się być, jak każde w regionie, zatłoczone transportowcami i wojskowymi maszynami. A ponieważ na w sudańskich portach lotniczych obowiązuje surowo przestrzegany zakaz fotografowania zdjęcia mogłem robić jedynie „z biodra”. Po tym jak w Chartumie, w wyniku interwencji bliżej niezidentyfikowanych funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa, omal nie straciłem aparatu fotograficznego, wolałem zbytnio nie ryzykować.

 Sudan, Darfur: Nyala Airport

 

Sudan, Darfur: Nyala Airport

Na lotnisku w Nyala po raz kolejny przekonałem się, że świat jest jednak maleńki – spotkałem znajomych! I okazało się, że dzięki nim mogę polecieć na wymarzony zachód. W mieście przebywała akurat delegacja Unii Europejskiej przeprowadzająca inspekcje inwestycji powstających z europejskich funduszy. I którzy wybierali się właśnie zobaczyć budowę jakiegoś mostu, a następnie do Meiram, miasta leżącego już w Darfurze zachodnim.

I mogę się z nimi zabrać? – pytam. No pewnie, helikopter jest duży! A kogo mam się pytać o zgodę? Nikogo – tu jest taki burdel, że nikt się nie zorientuje, że jest jednego pasażera więcej, czy mniej. Będziesz musiał jedynie ten most po drodze zobaczyć i udawać, że jesteś członkiem delegacji. Ja na to: Nie ma sprawy... :)

Sytuacja nabierała rumieńców. Rano myślałem, że będę wracał do Chartumu, a okazuje się, że będę nocował w pobliżu granicy z Czadem! Wspaniale! Ponieważ do planowanego odlotu śmigłowca zostało jeszcze kilka godzin postanowiłem mimo wszystko rzucić okiem na Nyala. Niestety niemal zawsze na terenach na których działa wiele zachodnich organizacji humanitarnych ceny zazwyczaj idą mocno w górę, bo wiadomo – biali mają pieniądze. Tak jest też i w Darfurze. Cena jaką zaśpiewał kierowca rozklekotanego samochodu udającego taksówkę na parkingu przy lotnisku była wybitnie zaporowa. 20 dolarów! Skandal!

Z pomocą przyszli nigeryjscy żołnierze z AMIS. Jedziemy do centrum i wracamy. Możesz pojechać z nami! No to pojechałem. Ale w sumie nie było warto. Jedynym ciekawym akcentem wzdłuż szosy łączącej lotnisko z miastem był olbrzymi rozłożysty baobab. Dla kogoś dla kogo, tak jak dla mnie, pierwszą ważną książką w życiu było „W pustyni i w puszczy” to prawdziwy symbol Afryki.

baobab w Nyala (Sudan, South Darfur)

 

Sama Nyala wrażenia nie robi. Wygląda jak gigantyczna wioska – ciągnące się po horyzont parterowe budyneczki. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś było to słynące z produkcji gumy arabskiej dynamicznie rozwijające się miasto. Połączone w dodatku linią kolejową z Chartumem. Pociągu jednak w Nyala nie widziano już od lat. Nyala była też ongiś ważnym centrum turystycznym. To wlaśnie stąd ruszały trekkingi w niezwykle malownicze, kulminujące na wysokości ponad 3000 metrów, góry Jebel Marra. Teraz niestety nie ma nawet co o nich marzyć. Ich wulkaniczne stoki to obecnie kryjówka furskich partyzantów z różnych frakcji Armii Wyzwolenia Sudanu. Nawet my się tam nie zapuszczamy – zapewnił mnie jeden z kenijskich żołnierzy.

Gdy wróciłem na lotnisko trwały już przygotowania do lotu. Okazało się, że mamy lecieć potężnym Mi-17 – śmigłowcem wielkości sporego autobusu. I który, tak na oko, wyglądał na starszego ode mnie. A ja przecież zdecydowanie przekroczyłem już 30-tkę! Z wiadomych względów wolałem nie zwracać na siebie uwagi i nie zadawać zbyt wielu pytań. Nie chciałem też się zbytnio denerwować. Moje oko doświadczonego lotniczego laika szybko jednak wychwyciło kilka, nazwijmy to „ciekawostek”. Otóż maszyna posiadała sudańskie numery rejestracyjne, kanadyjską flagę na kadłubie i logo misji Unii Afrykańskiej... A piloci byli... Rosjanami!

rosyjscy piloci Mi-17 w Darfurze

Co więcej zalatywało od nich alkoholem! Nie byli oczywiście pijani, ale najwyraźniej coś wypili. W Sudanie, gdzie obowiązuje całkowita prohibicja! Znajomy, który już z nimi latał mnie jednak pocieszał – Ja bym się niepokoił gdyby nic nie wypili, to przecież Rosjanie!

rosyjscy piloci Mi-17 w Darfurze

 

Wszyscy byliśmy już w śmigłowcu i maszyny poszły w ruch, gdy nagle piloci zorientowali się, że nie maja koordynatów GPS placu budowy, który ma być naszym pierwszym przystankiem. Poleciały rosyjskie wiązki przekleństw, przy których zorientowałem się, że nasi piloci nie darzą Afryki i jej mieszkańców zbyt wielką sympatią. Mój rosyjski jest bardzo słaby, prawie nieistniejący, ale „cziorny” jeszcze rozumiem...

Po kilkunastu minutach prażenia się w unieruchomionym na płycie lotniska śmigłowcu, podczas których przybyło nam kilku nieznanych lokalnych pasażerów, ktoś weszcie przybiegł z karteczką na której były tak ważne dla pilotów ciągi cyfr. Silniki ponownie zawyły i radziecka konstrukcja powoli ruszyła przed siebie. No właśnie – nie w górę, lecz przed siebie. Śmigłowiec najzwyczajniej w świecie rozpędzał się na pasie startowym! I dopiero na jego końcu stalowe cielsko poderwało się w powietrze.

Hałas był taki, że oczywiście o żadnych rozmowach ze współpasażerami mowy nie było. Na szczęście odkryłem nieznaną mi wcześniej atrakcję radzieckiej myśli technicznej – otwierane w śmigłowcu okna!

 Mi-17

 

Mi-17

Do robienia zdjęć – rewelacja! Więc oddałem się kontemplacji pięknych odarfurskich pejzaży.

South Darfur, Janub Darfur

 

South Darfur, Janub Darfur

 

South Darfur, Janub Darfur

 

South Darfur, Janub Darfur

 

South Darfur, Janub Darfur

 

South Darfur, Janub Darfur 

Zaskakująco zielonych, no ale akurat trafiłem na koniec pory deszczowej. Tak bardzo deszczowej, że gdzieś na horyzoncie majaczyły się jeszcze burzowe chmury...

C.D.N.


>Technorati tags: , , , , , .

wtorek, 07 sierpnia 2007

O tragicznej sytuacji sudańskiego Darfuru nie będę się rozpisywał. Każdy choć trochę śledzący wydarzenia na świecie wie, a przynajmniej powinien wiedzieć, o trwającej tam tragedii. Setki tysięcy zabitych, miliony wygnanych i przesiedlonych...

To wszystko jest efektem niezwykle złożonego konfliktu, który europejskie i (zwłaszcza) amerykańskie media najczęściej sprowadzają do „wspieranych przez rząd arabskich milicji walczących z murzyńskimi plemionami”. To oczywiście bardzo daleko idące uproszczenie. Jak to zwykle w Afryce bywa nic nie jest białe i nic nie jest czarne. Choć w przypadku Czarnego Kontynentu nie należy tego powiedzenia brać zbyt dosłownie. Bo akurat czarni to bywają bardzo częstow nawet sudańscy Arabowie. A darfurscy Murzyni, żeby nic nie było takie proste, także w większości są muzułmanami. No i oni także mają swe zbrojne partyzanckie organizacje mające polityczne ambicje i oparcie w sąsiednim Czadzie... oraz masakry na koncie. Jednym słowem typowy afrykański galimatias nad którym nikt do tej pory nie potrafił zapanować.

AMIS, czyli obecne od 2004 roku siły pokojowe Unii Afrykańskiej mogą, na dobrą sprawę tylko próbować rejestrować wydarzenia. Bo o efektywnej ochronie cywilnej ludności nie może być mowy. Afrykańskich, raczej średnio wyposażonych żołnierzy jest w Darfurze ok. 7000. To naprawdę symboliczna ilość – mało kto zdaje sobie w Europie sprawę jak wielki jest Darfur. Jest on większy od Francji!

Ok. wystarczy tego teoretyzowania. Jeśli ktoś chce dowiedzieć się więcej o aktualnej darfurskiej sytuacji to polecam blog Bez znieczulenia o Darfurze, oraz poświęcony temu regionowi serwis Gazety Wyborczej.  Kolej na zapowiedziane w tytule zdjęcia....

Darfur, z okien samolotu, bywa bardzo malowniczy:

Darfur z lotu ptaka

 

Przy odrobinie szczęścia dostrzec można nawet niespalone jeszcze murzyńskie wioski:

Tradycyjna murzyńska wioska w Darfurze

 

Jednak o wiele częstszy jest taki widok:

 Darfur – obóz IDP w okolicach Al-Fasher

 

To jeden z wielu obozów dla tzw. wewnętrznych uchodźców, którzy zostali zmuszenie do opuszczenia swych rodzinnych wiosek. Zmuszeni najczęściej gwałtami, morderstawmi i ogniem. Ten akurat obóz znajduje się w okolicach Al-Fasher, stolicy prowicji Darfur Północny.

Al-Fasher z lotu ptaka

 

Tamtejsze lotnisko spełnia kluczową rolę w logistyce pomocy humanitarnej dla Darfuru:

Lotnisko w Al-Fasher

 

 To już kolejny obóz – Abu Shok, także w rejonie Al-Fasher:

Abu Shok IDP Camp 

 

Sudańska armia, oficjalnie, czuwa nad bezpieczeństwem jego mieszkańców. Nieoficjalnie, tak przynajmniej twierdzą niektóre obecne na miejscu organizacje pozarządowe, żołnierze przede wszystkim zastraszają jego mieszkańców, chcąc aby wynieśli się w inne miejsce. Bywa np. że gwałcą kobiety wypuszczające się poza jego teren w poszukiwaniu drewna na opał.

Darfur: Abu Shok IDP Camp

 

W obozie nie ma bowiem ani elektryczności, ani kanalizacji. Jest za to ponad 65 tysięcy mieszkańców! I wybuchające regularnie epidemie.

 Darfur: Abu Shok IDP Camp

 

Nawet po wodę trzeba chodzić daleko:

Darfur: Abu Shok IDP Camp

 

Więc każdy środek transportu jest dobry:

Darfur: Abu Shok IDP Camp 

 

Większość mieszkańców obozu stanowią kobiety i dzieci:

Sudan: Abu Shok IDP Camp

 

Sudan: Abu Shok IDP Camp

 

Taki obrazek zobaczyć jest trudniej, mężczyźni podczas ataków na wioski byli zazwyczaj mordowani:

Darfur: Abu Shok IDP Camp

 

Obóz posiada własny suk, czyli plac targowy:

 Darfur: Abu Shok IDP Camp

 

Korzystają z niego także mieszkańcy Al-Fasher, którzy wymieniają np. warzywa i owoce na dystrybuowane w obozie przez organizacje humenitarne mleko w proszku.

 Darfur: Abu Shok IDP Camp

Darfur: Abu Shok IDP Camp

Niby kolorowo i egzotycznie, ale – przynajmniej na mnie – zrobiło to dość przygnębiające wrażenie. Przede wszystkim ogrom tego miejsca. I ten pozorny spokój pod lufami karabinów maszynowych. Co więcej Abu Shok jest, z racji na bliskość lotniska w Al-Fasher, najbardziej „reprezentacyjnym” z obozów. To tam właśnie przywozi się zagraniczne delegacje, czy telewizyjne ekipy. Znajomi pracujący w jednej z organizacji humanitarnych mówią wręcz, ze to Hilton w porównaniu z niektórymi, oddalonymi od miast i traktów komunikacyjnych obozami. Chciałem się o tym przekonać...

 Niestety nie dostałem od władz sudańskich niezbędnej zgody. „Niech pan nie myśli, że chcemy coś ukryć. To w trosce o pana niebezpieczeństwo. Pełno tu bandytów, z którymi musimy walczyć.” – stwierdził ubrany w śnieżnobiałe szaty wali (gubernator) Północnego Darfuru, Osman Mohamed Yousif Kibir, przyjmując mnie w swym pełnym sztucznych kwiatów, mocno klimatyzowanym i oddalonym od obozu Abu Shok o zaledwie kilka kilometrów biurze... Po czym zaprosił na „drobną przekąskę” przy uginającym się od jedzenie stole...

 Wali Osman Mohamed Yusif Kibir (po środku) ze swymi doradcami:

Darfur, Al Fasher: Wali Osman Mohamed Yousif Kibir

 Jest on jedną z kiludziesięciu osób, powszechnie oskarżanych o osobistą odpowiedzialność za darfurski dramat.

Wali Osman Mohamed Yousif Kibir

 


>Technorati tags: , , , , , , .