Kategorie: Wszystkie | Afryka | Azja | Europa | Osobiste | Polska | Świat
RSS
piątek, 24 lipca 2009

Nieskromnie powiem, że jestem z siebie bardzo dumny. Mnie, żarłokowi i amatorowi alkoholi wszelakich, udało się przeprowadzić głodówkę. Niektórzy nazywają ją oczyszczającą, dla mnie była przede wszystkim odchudzająca. Nie wiem ile dokładnie straciłem na wadze, bo takowej nie posiadam, ale po różnych częściach garderoby widzę, że sporo. Pasek muszę zapinać o 3 dziurki dalej niż do tej pory. A i o czwartą mógłbym zahaczyć...

Głodowałem przez równe 10 dni. Nie jadłem przez ten czas absolutnie niczego, a piłem jedynie czystą wodę. Żadnej nawet herbaty, czy soku. I w sumie nadal głoduje, bo po takim okresie niejedzenia nie można od razu usmażyć sobie befsztyka, zagryźć go frytkami i popić lampką wina, czy kuflem piwa. Niestety.

Specjaliści twierdzą, że wychodzenie z głodówki trwać powinno tyle ile trwała sama głodówka. Czyli w moim przypadku 10 dni. Stopniowo, powoli należy przyzwyczajać organizm do ponownego przyjmowania pokarmu. Jestem na etapie jedzenie gotowanych warzyw. Bez soli, bez przypraw, bez nawet kropelki oliwy...

Czyli, jak mowilem, głodowka jeszcze dla mnie trwa (bo przecież tych, wspomnianych wyżej, niemowlęcych potraw jedzeniem nazwać nie można). I wciąż też miewam sny o pieczystym jagnięciu, o wenezuelskiej cachapie, o empanadach, soczewicy duszonej z warzywami i wołowiną i innych tego typu smakołykach. Takie kulinarne koszmary (bo dla głodnego to koszmary) prześladują mnie regularnie od czasu gdy przestałem przyjmować pokarm.

Choć dzisiaj, poza jedzeniem, przyśnił mi się też Hugo Chávez, który – nie wiem czemu – osobicie składał mi życzenia urodzinowe i dawał w prezencie wielką butlę jakiegoś wymyślnego alkoholu... Może wziął mnie za Szymona Bolivara, którego 226. rocznica narodzin, jest dzisiaj hucznie w Wenezueli obchodzona? :)

I choć te 10 dni łatwe nie były, zwłaszcza pierwszy tydzień głodowania, to – generalnie – polecam takie doświadczenie. Oczywiście lepiej wcześnie trochę poczytać (w internecie mnóstwo jest stron poświęconych głodowaniu) i robić to świadomie, wiedząc mniej więcej jakich reakcji organizmu należy się spodziewać, jak do głodówki się przygotować i jak z niej wychodzić.

Ja po tym poście czuję się wyśmienicie – pełen energii, entuzjazmu i optymizmu. Naprawdę dawno nie byłem w tak świetnej formie! Jestem pewien, że głodówkę kiedyś powtórzę, może nawet dłuższą...


>Technorati tags: , .

22:52, tierralatina , Osobiste
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 20 lipca 2009

Prestiżowy, amerykański, poświęcony turystyce miesięcznik Travel + Leisure, opublikował niedawno ranking najlepszych, z punktu widzenia turysty, miast świata. Najlepszych w tym przypadku oznacza miasta, w których turysta się nie nudzi i ma bogatą, nie przesadnie drogą, ofertę kulturalno-gastronomiczno-hotelową.

Ranking powstał na podstawie ankiet jakie otrzymali do wypełnienia czytelnicy magazynu. Mieli oni ocenić, w ulubionych przez nich miastach atrakcyjność wizualną, miejsca do zwiedzania w samym mieście i jego okolicy, ofertę kulturalną, infrastrukturę hotelową, przyjazność lokalnych mieszkańców, ofertę gastronomiczną, obfitość i jakość lokalnych sklepów, oraz ogólną przystępność cenową tego wszystkiego.

Efekt tego jest taki:

  1. Udaipur (Indie)
  2. Kapsztad (RPA)
  3. Bangkok (Tajlandia)
  4. Buenos Aires (Argentyna)
  5. Chiang Mai (Tajlandia)
  6. Florencja (Włochy)
  7. Luang Prabang (Laos)
  8. Nowy Jork (USA)
  9. Rzym (Włochy)
  10. San Francisco (USA)
  11. Sydney (Australia)
  12. Jaipur (Indie)
  13. Oaxaca (Meksyk)
  14. Stambuł (Turcja)
  15. Fez (Maroko)
  16. Cuzco (Peru)
  17. Jeruzalem (Izrael)
  18. Siem Reap (Kambodża)
  19. Quebec (Kanada)
  20. Kyoto (Japonia)

Ranking w oryginale znajduje się tutaj.

Oczywiście pamiętać trzeba, że czytelnicy Travel + Leisure to przede wszystkim Amerykanie (czyt. mieszkańcy USA) i to raczej nie ci najbiedniejsi. Ranking stworzono więc na podstawie głosów i gustów raczej nie ludzi samotnie podróżujących z plecakami, lecz tych którzy zwiedzają świat rodzinnie, z kilkoma kartami kredytowymi w portfelu.


>Technorati tags: , , .

wtorek, 30 czerwca 2009

Potrzebuję Waszej pomocy. Technicznej. Z konfiguracją domowej, bezprzewodowej sieci. Nie mojej, ale zależy mi bardzo aby działała. Sprawa wygląda następująco: internet dostarcza operator sieci kablowej. Modem podłączony jest telewizyjnego kabla. I jeśli podłączam komputer bezpośrednio kablem sieciowym do modemu, to wszystko śmiga jak powinno.

Schody zaczynają się jednak, gdy próbuję zamiast komputera podłączyć bezprzewodowy router (D-Link DIR-300). On sam twierdzi, że został dobrze skonfigurowany i ma połączenie z internetem. Gdy bezprzewodowo loguję się do sieci także Windows stwierdza, że internet jest (pojawia się ikonka dwóch komputerów i kula ziemska między nimi). Zresztą Skype też się włącza i działa bez zarzutu. Ale... na tym koniec!

Nie mogę nawigować w sieci, outlook też nie jest w stanie zassać poczty. On i nawigator (FF, IE, Chrome) twierdzą, że nie można znaleźć serwerów... Gdy proszę Windows aby zreperował połączenie, stwierdza że znalazł problem, z którym sam sobie nie może poradzić i zaleca skontaktowanie się z administratorem sieci, bądź z ISP.

Ten pierwszy nie istnieje, z tym drugim kontaktować się nie mogę, bo w Ameryce Łacińskiej wciąż niektórym operatorom trzeba płacić ekstra za podłączenie więcej niż jednego komputera. Dodam, że cała ta instalacja: modem + router, działała bez zarzutu jeszcze kilka dni temu.

Jakieś pomysły? Gdzie może być problem? Z góry wielkie dzięki...

P.S. Ponownie odpalać i modem i router, w różnych kolejnościach, próbowałem już wielokrotnie.

15:20, tierralatina , Osobiste
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 22 czerwca 2009

Wydarzenia w Iranie nie dają mi spokoju. I to nawet nie ze względu na to, że jestem obecnie w także rewolucyjnym kraju i, nieuchronnie, zauważam pewne analaogie między sytuacją w Islamskiej Republice, a możliwymi scenariuszami dla Wenezueli. Która, nota bene, oficjalnie solidaryzuje się z irańskimi oprawcami przy władzy. Ale nie o tym chciałem...

Do Iranu mam po prostu wielki sentyment. Kilka lat temu byłem tam przez kilkanaście dni i z owego wyjazdu pozostały mi wyjątkowo sympatyczne wspomnienia. Każdego niemal dnia upadały kolejne stereotypy z jakimi pojechałem do tego kraju. Bo fakt, że sam wyjazd też nie był tuzinkowy...

Do Iranu nie udałem się wcale aby zwiedzać Teheran, czy zobaczyć wspaniałe zabytki Isfahanu. Nie, do Iranu pojechałem wówczas tylko w jednym, jedynym celu: na narty.

I spędziłem w sumie 10 dni w dwóch położonych blisko siebie, największych lokalnych, narciarskich kurortach – Dizinie i Szemszaku. Pobyt tam, z narciarskiego punktu widzenia, był wręcz bajkowy. Śniegu ile tylko można sobie zamarzyć, a nawet więcej, oraz trasy o długościach niespotykanych na większości europejskich stokow. Dość, że powiem iż w Dizin wyciągi wynoszą amatorów białego szaleństwa na ponad 3600 metrów n.p.m. Kolejek do wyciągów nie ma żadnych, karnet na nie kosztuje tyle co piwo w Zakopanym, a hotel mniej niż zakopański karnet.

Jadąc tam wiedziałem, że się najeżdżę, ale byłem też przgotowany na to, że tzw. after-ski, będzie raczej żadne. Byłem pogodzony z tym, że wieczory będę spędzał z herbatką bez prądu i książką w ręku. Źle myślałem. Już drugiego dnia zaprzyjaźniliśmy się (byłem tam z kumplem) z lokalną młodzieżą, bardzo ciekawą cudzoziemców, świetnie mówiącą po angielsku i chętnie rozmawiającą na wszystkie, naprawdę wszystkie tematy.

Trzeciego dnia byliśmy zaproszeni na pierwszą imprezę, a czwartego piliśmy już na kolejnej imprezie alkohol. Ale to nie wszystko, stereotypy chwilę później zawaliły się jeszcze bardziej. Bo po tygodniu pocałowałem, w ukryciu oczywiście, pierwszą i pewnie ostatnią w moim życiu Irankę, instruktorkę snowboardu, studentkę ostatniego roku medycyny na teherańskim uniwersytecie.

Miała przepiękne ciemne oczy i jeszcze wspanialsze, długie kruczoczarne, lekko kręcone włosy i skórę delikatną, brzoskwiniową skórę... Spotykaliśmy się przez pięć dni, spędzając razem całą moją ostatnią w irańskich górach noc. Fakt, że gdyby nakryli nas strażnicy rewolucji skończylibyśmy w więzieniu, jedynie dodawał całej sytuacji dodatkowej pikantności... A nasze łzy na pożegnanie, były jak najbardziej prawdziwe.

Wiedzieliśmy, że już nigdy się nie zobaczymy i tak też się stało. Mahsa próbowała wprawdzie przyjechać do Europy, ale irańskie władze niezamężne kobiety w samotne podróże niechętnie wypuszczają. Jej nie wypuściły. Został kontakt mailowy. Mahsa jest już panią doktor, ma męża, także lekarza, i - od niedawna - ślicznego synka. Gdy tylko zaszła w ciąże pisała mi, że modli się aby dziecko było chłopcem, bo „Iran staje się coraz gorszym miejscem dla młodych kobiet”... Wraz z mężem (który zna, choć pewnie nie ze wszystkimi detalami, naszą zimową historię sprzed lat) zapraszała mnie, mimo to, do powtórnego odwiedzenia Iranu.

Od tygodnia Mahsa nie odpisuje na maile. Ponoć Rewolucja się broni i władze mocno ograniczyły obywatelom dostęp do sieci. Mam nadzieje, że chodzi tylko o to...

Bo gdy oglądam te zdjęcia, odruchowo staram się odszukać jej oczy, rozpoznać jej sylwetkę, myślę o niej, o jej synku i mężu. I o zaproszeniu do Teheranu. Naprawdę mam nadzieję, teraz znacznie większą niż kiedykolwiek, że się jeszcze kiedyś zobaczymy.

A tutaj jest ten wstrząsający filmik na którym umiera 16-letnia Neda, trafiona policyjną kulą prosto w pierś. Moim zdaniem każdy pownien go obejrzeć. Ponoć Neda, to po persku "głos, który należy usłyszeć"...

P.S. Zajrzyjcie też koniecznie na blog Czerwone i Czarne. Na nim też ostatnio o Iranie.


>Technorati tags: , , .

wtorek, 02 czerwca 2009

Uwielbiam latać samolotem. Podróż lotnicza nie wywołuje u mnie żadnego stresu, wręcz przeciwnie – działa uspokajająco i relaksująco. W chwili gdy maszyna odrywa się od ziemi wpadam w specyficzny błogostan, mam wrażenie że wszystkie moje problemy i zmartwienia pozostały tam na dole. Świadomość, że przez najbliższe kilka godzin podróży będę w zupełnie innym wymiarze, gdzie w sumie nic ode mnie nie zależy, sprawia mi wielką frajdę. Jak dziecko, godzinami mogę gapić się przez okienko, nawet jeśli to czarna noc i widać tylko gwiazdy.

Nawet wszelkie turbulencje i awarie („zaliczyłem” już częściową awarię elektryczności na pokładzie i kłopoty z wysunięciem podwozia przed lądowaniem) przynoszą mi jakąś masochistyczną przyjemność, podobną do tych której dostarczają niektóre urządzenia lunaparków – wrzeszczysz, niby boisz sie, ale w sumie bardzo Ci się to podoba i wiesz, że się to dobrze skończy. W samolocie mam tak samo. Moje zaufanie do wytrenowania pilotów i przede wszystkim niezawodności maszyn jest znacznie większe niż, chociażby, wiara w rozsądek i bezawaryjność innych uczestników ruchu, podczas prowadzenia samochodu.

Mimo to muszę przyznać, że wczorajsza katastrofa Air France, trochę mną poruszyła. Zwykle wiadomości o rozbitych samolotach spływają po mnie jak wiosenny deszcz – tym razem jakoś nie mogę przestać o niej myśleć i dzisiaj przez kilka godzin wertowałem internetowe wydania brazylijskich gazet w poszukiwaniu kolejnych relacji i informacji.

Jak chociażby historia tego młodego małżeństwa z São Paulo, które w sobotę miało wesele i w niedzielę wsiadło do feralnego samolotu, aby udać się na miodowy miesiąc do Europy. Aż dwie takie młode pary były na pokładzie... Albo – zupełnie odwrotna – opowieść o dwóch Brazylijczykach, którzy strasznie się wściekali i wyzywali od najgorszych granicznych policjantów, którzy nie wpuścili ich na pokład samolotu Air France ze względu na przedawnione paszporty... Przypadek, przeznaczenie?

Zastanawiam się dlaczego ten właśnie wypadek aż tak bardzo wlazł mi pod skórę? Złożyło się na to pewnie kilka czynników – Air France jest jednym z moich ulubionych przewoźników, dosłownie kilkanaście dni temu odprowadzałem bliską przyjaciółkę na samolot lecący z Caracas do Paryża, a ja sam też na trasie Ameryka Południowa – Europa latam dość często. No i jeszcze ta tajemniczość tej katastrofy – nie żadne „tradycyjne” kłopoty przy starcie, bądź lądowaniu, ale zaginięcie gdzieś na środku oceanu. Dobrze, że przynajmniej nie nad Trójkątem Bermudzkim...

Na szczęście nie sądzę aby ten wypadek zmienił mój stosunek do latania. Nadal się cieszę, że prawdopodobnie jeszcze w tym miesiącu będę musiał kilka razy wsiąść do samolotu...


>Technorati tags: , , , , .

23:55, tierralatina , Osobiste
Link Komentarze (8) »
środa, 27 maja 2009

Ponieważ zupełnie szczerze uważam branie udziału w wolnych wyborach i głosowaniach za obywatelski obowiązek i, mimo że choć od lat mieszkam za granicą, to wciąż sprawy Ojczyzny nie są mi obojętne (przyznaję, że czasem, gdy czytam o polskiej polityce chciałbym aby mi zobojętniały...), zamierzam 7. czerwca udać się do najbliższej polskiej ambasady i oddać głos w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Tym bardziej, że sam – choć jestem świadom wielu unijnych wad, uważam się za euroentuzjastę.

Ponieważ Polacy za granicą głosować będą na warszawską listę kandydatów, odrobiłem dzisiaj wyborczą pracę domową i sprawdziłem kto w stolicy ubiega się o euromandat. Przy okazji wziąłem też udział w zabawie proponowanej przez Latarnika Wyborczego. Należy odpowiedzieć na 20 pytań związanych z naszą wizją przyszłości Unii Europejskiej i polskiej w niej pozycji, po czym system porównuje te odpowiedzi z programami Komitetów Wyborczych i podaje do którego z nich jest nam ideologicznie najbliżej.

Co się okazało? Otóż gdybym chciał się kierować tylko i wyłącznie ideologią i umiał nie brać pod uwagę historycznego bagażu politycznych ugrupowań, to 7. czerwca powinienem oddać głos na jakiegoś kandydata Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Unii Pracy. Zdaniem latarnika nasza wizja Europy jest zgodna w aż 76 proc. Na drugim miejscu w rankingu zgodności znalazła się Platforma Obywatelska, mamy wspólne 70 proc. poglądów. Trzeci, z 65 proc. zgodnością jest Komitet Wyborczy Porozumienie dla Przyszłości – Centrolewica.

Z kolei najadalej jest mi do poglądów, i tu już nie ma żadnej niespodzianki, Komitetów Wyborczych PiS, UPR, Prawicy Rzeczypospolitej i Libertasu. Nasza zgodność waha się od 25 do 15 proc. To i tak chyba za dużo... ;)


>Technorati tags: , , ,

1 , 2 , 3 , 4 , 5