Kategorie: Wszystkie | Afryka | Azja | Europa | Osobiste | Polska | Świat
RSS
wtorek, 30 czerwca 2009

Potrzebuję Waszej pomocy. Technicznej. Z konfiguracją domowej, bezprzewodowej sieci. Nie mojej, ale zależy mi bardzo aby działała. Sprawa wygląda następująco: internet dostarcza operator sieci kablowej. Modem podłączony jest telewizyjnego kabla. I jeśli podłączam komputer bezpośrednio kablem sieciowym do modemu, to wszystko śmiga jak powinno.

Schody zaczynają się jednak, gdy próbuję zamiast komputera podłączyć bezprzewodowy router (D-Link DIR-300). On sam twierdzi, że został dobrze skonfigurowany i ma połączenie z internetem. Gdy bezprzewodowo loguję się do sieci także Windows stwierdza, że internet jest (pojawia się ikonka dwóch komputerów i kula ziemska między nimi). Zresztą Skype też się włącza i działa bez zarzutu. Ale... na tym koniec!

Nie mogę nawigować w sieci, outlook też nie jest w stanie zassać poczty. On i nawigator (FF, IE, Chrome) twierdzą, że nie można znaleźć serwerów... Gdy proszę Windows aby zreperował połączenie, stwierdza że znalazł problem, z którym sam sobie nie może poradzić i zaleca skontaktowanie się z administratorem sieci, bądź z ISP.

Ten pierwszy nie istnieje, z tym drugim kontaktować się nie mogę, bo w Ameryce Łacińskiej wciąż niektórym operatorom trzeba płacić ekstra za podłączenie więcej niż jednego komputera. Dodam, że cała ta instalacja: modem + router, działała bez zarzutu jeszcze kilka dni temu.

Jakieś pomysły? Gdzie może być problem? Z góry wielkie dzięki...

P.S. Ponownie odpalać i modem i router, w różnych kolejnościach, próbowałem już wielokrotnie.

15:20, tierralatina , Osobiste
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 22 czerwca 2009

Wydarzenia w Iranie nie dają mi spokoju. I to nawet nie ze względu na to, że jestem obecnie w także rewolucyjnym kraju i, nieuchronnie, zauważam pewne analaogie między sytuacją w Islamskiej Republice, a możliwymi scenariuszami dla Wenezueli. Która, nota bene, oficjalnie solidaryzuje się z irańskimi oprawcami przy władzy. Ale nie o tym chciałem...

Do Iranu mam po prostu wielki sentyment. Kilka lat temu byłem tam przez kilkanaście dni i z owego wyjazdu pozostały mi wyjątkowo sympatyczne wspomnienia. Każdego niemal dnia upadały kolejne stereotypy z jakimi pojechałem do tego kraju. Bo fakt, że sam wyjazd też nie był tuzinkowy...

Do Iranu nie udałem się wcale aby zwiedzać Teheran, czy zobaczyć wspaniałe zabytki Isfahanu. Nie, do Iranu pojechałem wówczas tylko w jednym, jedynym celu: na narty.

I spędziłem w sumie 10 dni w dwóch położonych blisko siebie, największych lokalnych, narciarskich kurortach – Dizinie i Szemszaku. Pobyt tam, z narciarskiego punktu widzenia, był wręcz bajkowy. Śniegu ile tylko można sobie zamarzyć, a nawet więcej, oraz trasy o długościach niespotykanych na większości europejskich stokow. Dość, że powiem iż w Dizin wyciągi wynoszą amatorów białego szaleństwa na ponad 3600 metrów n.p.m. Kolejek do wyciągów nie ma żadnych, karnet na nie kosztuje tyle co piwo w Zakopanym, a hotel mniej niż zakopański karnet.

Jadąc tam wiedziałem, że się najeżdżę, ale byłem też przgotowany na to, że tzw. after-ski, będzie raczej żadne. Byłem pogodzony z tym, że wieczory będę spędzał z herbatką bez prądu i książką w ręku. Źle myślałem. Już drugiego dnia zaprzyjaźniliśmy się (byłem tam z kumplem) z lokalną młodzieżą, bardzo ciekawą cudzoziemców, świetnie mówiącą po angielsku i chętnie rozmawiającą na wszystkie, naprawdę wszystkie tematy.

Trzeciego dnia byliśmy zaproszeni na pierwszą imprezę, a czwartego piliśmy już na kolejnej imprezie alkohol. Ale to nie wszystko, stereotypy chwilę później zawaliły się jeszcze bardziej. Bo po tygodniu pocałowałem, w ukryciu oczywiście, pierwszą i pewnie ostatnią w moim życiu Irankę, instruktorkę snowboardu, studentkę ostatniego roku medycyny na teherańskim uniwersytecie.

Miała przepiękne ciemne oczy i jeszcze wspanialsze, długie kruczoczarne, lekko kręcone włosy i skórę delikatną, brzoskwiniową skórę... Spotykaliśmy się przez pięć dni, spędzając razem całą moją ostatnią w irańskich górach noc. Fakt, że gdyby nakryli nas strażnicy rewolucji skończylibyśmy w więzieniu, jedynie dodawał całej sytuacji dodatkowej pikantności... A nasze łzy na pożegnanie, były jak najbardziej prawdziwe.

Wiedzieliśmy, że już nigdy się nie zobaczymy i tak też się stało. Mahsa próbowała wprawdzie przyjechać do Europy, ale irańskie władze niezamężne kobiety w samotne podróże niechętnie wypuszczają. Jej nie wypuściły. Został kontakt mailowy. Mahsa jest już panią doktor, ma męża, także lekarza, i - od niedawna - ślicznego synka. Gdy tylko zaszła w ciąże pisała mi, że modli się aby dziecko było chłopcem, bo „Iran staje się coraz gorszym miejscem dla młodych kobiet”... Wraz z mężem (który zna, choć pewnie nie ze wszystkimi detalami, naszą zimową historię sprzed lat) zapraszała mnie, mimo to, do powtórnego odwiedzenia Iranu.

Od tygodnia Mahsa nie odpisuje na maile. Ponoć Rewolucja się broni i władze mocno ograniczyły obywatelom dostęp do sieci. Mam nadzieje, że chodzi tylko o to...

Bo gdy oglądam te zdjęcia, odruchowo staram się odszukać jej oczy, rozpoznać jej sylwetkę, myślę o niej, o jej synku i mężu. I o zaproszeniu do Teheranu. Naprawdę mam nadzieję, teraz znacznie większą niż kiedykolwiek, że się jeszcze kiedyś zobaczymy.

A tutaj jest ten wstrząsający filmik na którym umiera 16-letnia Neda, trafiona policyjną kulą prosto w pierś. Moim zdaniem każdy pownien go obejrzeć. Ponoć Neda, to po persku "głos, który należy usłyszeć"...

P.S. Zajrzyjcie też koniecznie na blog Czerwone i Czarne. Na nim też ostatnio o Iranie.


>Technorati tags: , , .

wtorek, 02 czerwca 2009

Uwielbiam latać samolotem. Podróż lotnicza nie wywołuje u mnie żadnego stresu, wręcz przeciwnie – działa uspokajająco i relaksująco. W chwili gdy maszyna odrywa się od ziemi wpadam w specyficzny błogostan, mam wrażenie że wszystkie moje problemy i zmartwienia pozostały tam na dole. Świadomość, że przez najbliższe kilka godzin podróży będę w zupełnie innym wymiarze, gdzie w sumie nic ode mnie nie zależy, sprawia mi wielką frajdę. Jak dziecko, godzinami mogę gapić się przez okienko, nawet jeśli to czarna noc i widać tylko gwiazdy.

Nawet wszelkie turbulencje i awarie („zaliczyłem” już częściową awarię elektryczności na pokładzie i kłopoty z wysunięciem podwozia przed lądowaniem) przynoszą mi jakąś masochistyczną przyjemność, podobną do tych której dostarczają niektóre urządzenia lunaparków – wrzeszczysz, niby boisz sie, ale w sumie bardzo Ci się to podoba i wiesz, że się to dobrze skończy. W samolocie mam tak samo. Moje zaufanie do wytrenowania pilotów i przede wszystkim niezawodności maszyn jest znacznie większe niż, chociażby, wiara w rozsądek i bezawaryjność innych uczestników ruchu, podczas prowadzenia samochodu.

Mimo to muszę przyznać, że wczorajsza katastrofa Air France, trochę mną poruszyła. Zwykle wiadomości o rozbitych samolotach spływają po mnie jak wiosenny deszcz – tym razem jakoś nie mogę przestać o niej myśleć i dzisiaj przez kilka godzin wertowałem internetowe wydania brazylijskich gazet w poszukiwaniu kolejnych relacji i informacji.

Jak chociażby historia tego młodego małżeństwa z São Paulo, które w sobotę miało wesele i w niedzielę wsiadło do feralnego samolotu, aby udać się na miodowy miesiąc do Europy. Aż dwie takie młode pary były na pokładzie... Albo – zupełnie odwrotna – opowieść o dwóch Brazylijczykach, którzy strasznie się wściekali i wyzywali od najgorszych granicznych policjantów, którzy nie wpuścili ich na pokład samolotu Air France ze względu na przedawnione paszporty... Przypadek, przeznaczenie?

Zastanawiam się dlaczego ten właśnie wypadek aż tak bardzo wlazł mi pod skórę? Złożyło się na to pewnie kilka czynników – Air France jest jednym z moich ulubionych przewoźników, dosłownie kilkanaście dni temu odprowadzałem bliską przyjaciółkę na samolot lecący z Caracas do Paryża, a ja sam też na trasie Ameryka Południowa – Europa latam dość często. No i jeszcze ta tajemniczość tej katastrofy – nie żadne „tradycyjne” kłopoty przy starcie, bądź lądowaniu, ale zaginięcie gdzieś na środku oceanu. Dobrze, że przynajmniej nie nad Trójkątem Bermudzkim...

Na szczęście nie sądzę aby ten wypadek zmienił mój stosunek do latania. Nadal się cieszę, że prawdopodobnie jeszcze w tym miesiącu będę musiał kilka razy wsiąść do samolotu...


>Technorati tags: , , , , .

23:55, tierralatina , Osobiste
Link Komentarze (8) »